|
« « «
Nędzna starość Baśki, czyli emerytura wiejskiego konia
Piotr KARY Lewandowski
Wczoraj po południu moi znajomi zaprosili mnie na grilla w swojej posiadłości pod Choczewem. Z przyjemnością skorzystałem z tej propozycji, wsiadłem w samochód i niespiesznie ruszyłem trasą z Pucka do Choczewa, która wiedzie przede wszystkim przez niewielkie wsie powiatu Puckiego.
Mając do przejechania 50 km w ciągu 60 minut nie spieszyłem się. Przejeżdżając przez kolejne miejscowości zwalniałem przyglądając się ludziom i gospodarstwom. Tak przejechałem skrzyżowanie drogi prowadzącej do stadniny w Białogórze
i wjechałem do wsi Słuchowo, minąłem kilkanaście domów i nagle mój wzrok
przykuła sylwetka konia zmierzającego z wolna do bramy jednego z gospodarstw. Zwolniłem, koń jak duch, wycieńczony do granic możliwości, zbliżał się do ogrodzenia tak jakby wiedział, że nadjeżdża jedyna osoba, która może mu pomóc w cierpieniu.
Przejechałem bijąc się z myślami - znowu mam się pakować w kłopoty, telefony, rozmowy z niechętnymi do współpracy policjantami, narażać na groĽby właścicieli, przecież za 3 dni planuje wyjazd do Wrocławia, miałem wypocząć.
Spojrzałem w lusterko wsteczne, koń zwiesił głowę przez płot i patrzał za
oddalającym się, moim samochodem. Zahamowałem - przecież nie mogłem tak tego zostawić, tyle razy bulwersowałem się brakiem reakcji ludzi na niedolę zwierząt, a teraz sam, jak najgorszy tchórz mam odjechać. O nie, to nie ja! Zawróciłem i zaparkowałem. Koń stał przy bramie i jakby czekał, wyciągnąłem ze schowka cyfrówkę, którą wziąłem, by zrobić kilka zdjęć z grillowej
imprezy i ruszyłem do ogrodzenia. Zacząłem fotografować. Kiedy zrobiłem kilka
zdjęć dokumentujących stan zwierzęcia, koń odwrócił się i chwiejnym krokiem z wywieszonym językiem ruszył do stajni, jak cień.
Dojechałem do moich znajomych, grill już się dla mnie nie liczył.
Potrzebowałem komputera i telefonu, przy pomocy tych dwóch rzeczy i kilku przyjaciół, którym los zwierząt
jest tak samo bliski, jak mnie, mogę spróbować uratować to cierpiące stworzenie. Wykonałem telefon do Mateusza Jandy ze Straży dla Zwierząt. Rozmowa bez zbędnych słów, kilka suchych informacji - powiat Puck, gmina Krokowa, miejscowość Słuchowo, numer domu, oraz na email zdjęcia, które zrobiłem koniowi. Mateusz potwierdza, że pomoże. Umówiliśmy się na rozmowę rano i interwencję u Powiatowego Inspektora Weterynarii.
Grill, piwo, rozmowy, a w głowie cały czas planowanie, co zrobić, jak rozmawiać, jaką drogę interwencji wybrać, szacowanie własnych możliwości, tworzenie listy osób, które mogą pomóc. Ok. minęła noc, słonce zajrzało do pokoju, w którym spałem. Łapię za telefon i wykręcam numer do Jandy.
Spokojny, pozytywnie brzmiący głos Mateusza - Wszystko jest na dobrej drodze rozmawiałem z Powiatowym Inspektorem Weterynarii w Pucku Markiem Karbackim. Obiecał natychmiastową interwencje.
Nie wierzę własnym uszom. Tak szybko! Proszę o numer telefony do Pana Karbackiego i natychmiast dzwonię. Otrzymuję informację, że inspektor został już wysłany na miejsce. Przechodzą mnie dreszcze. Szczerze dziękuję Panu Markowi Karbackiemu za tak błyskawiczna reakcję, a w duchu jestem dumny, że w Pucku, moim rodzinnym mieście, tak sprawnie działają służby weterynaryjne.
Żegnam się szybko z towarzystwem, które z wolna "dochodzi do siebie" po wczorajszym grillowaniu, wsiadam do auta i jadę. Chcę uczestniczyć w inspekcji, więc dociskam gaz, by dojechać przed weterynarzem do Słuchowa.
Na miejscu zatrzymuję sie, jestem pierwszy. Podchodzę do sąsiedniego domostwa i
przez płot wypytuję gospodynię o to, czy widziała konia w sąsiednim obejściu. Uzyskuję informację, że jest tam stary, spracowany koń, którego właściciel czasem jeszcze zaprzęga do wozu. Do wozu - niektórzy ludzie naprawdę nie maja serca albo rozumu, a może jednego i drugiego.
Jest Pani inspektor, podjeżdża zielonym oplem. Witam się i przedstawiam. Rzucam kilka słów wyjaśnienia i proszę o zgodę na uczestnictwo w procedurze.
Wchodzimy do stajni, gospodyni Pani Róża Z. przekonuje nas, że koń jest zdrowy tylko ze starości tak
źle wygląda, że jest mu lepiej niż nie jednemu człowiekowi, że ona i brat kochają
go jak własne dziecko. W takim razie dobrze, że nie widziałem dzieci Pani Z. bo
mogłoby być to traumatyczne przeżycie - myślę sobie w duchu. Dowiadujemy się, że
koń to Baśka i od dawna służy w tym gospodarstwie. Inspekcja przebiega spokojnie, ja się nie mieszam obserwuję działania pani inspektor, robię zdjęcia.
Po kilkunastu minutach zamykamy stajnię, patrzę w oczy Pani inspektor i wszystko jest już wiadome, ale procedura musi trwać. Umawiamy się na kontakt, kiedy już będzie oficjalna decyzja.
Wsiadam w samochód i jadę wprost do siebie, by móc jak najszybciej opisać Wam całą
tą niewesołą historię, którą wydarzyła się w ciągu ostatnich 24 godzin. O
dalszych losach Baśki ze Słuchowa będę informował Was na bieżąco.
« « «
Strażnicy psiego losu
Napisał szilas
Los dwóch psów z terenu Legionowa zbadali w ubiegły piątek (10 marca)
funkcjonariusze Straży dla Zwierząt. Jednej rodzinie zalecono dokarmianie psa, drugą zobowiązano do przeprowadzenia badań i zaszczepienia psa. Straż dla
Zwierząt, formacja powołana do życia w końcu ubiegłego roku, zgodnie ze swym
statutem, upoważniona jest do działania na rzecz humanitarnego traktowania
zwierząt, a szczególnie zwalczania przejawów znęcania się nad zwierzętami.
Patrol interwencyjny straży pojawił się w Legionowie na skutek informacji, jakie
napłynęły od kilkorga mieszkańców Legionowa. Skontrolowano stan psów w
obejściach na ulicy Kwiatowej i Parkowej. W pierwszym przypadku strażnicy kazali
psa dokarmiać, natomiast na Parkowej kontrolujący zastali psa dobrze
utrzymanego, w solidnej budzie i na wystarczająco długim łańcuchu. W tym
przypadku donos uznano za całkowicie bezpodstawny. Właściciele nie dysponowali
jedynie dokumentem potwierdzającym obowiązkowe szczepienia. Zobowiązali się
jednak do ich wykonania w ciągu dwóch tygodni. Jak nam powiedział Mateusz Janda,
komendant główny Straży, w 70 proc. kontroli okazuje się, że brak jest
szczepień.
« « «
Bestialski mord klaczy - KiM i SdZ podejmują wspólne działania
W dniu dzisiejszym (niedziela 04.06.06r.) otrzymałem informację od jednej z
czytelniczek portalu o bestialsko zamordowanej klaczy w stajni w Szabliskach
koło Sulechowa.
Pod nieobecność właściciela koni, który wyjechał do Anglii, zajmujący się
stajnią jego brat najpierw doprowadził, poprzez złą opiekę, jedną z klaczy do
ciężkiej choroby, a następnie nie udzieliwszy jej pomocy weterynaryjnej, poderżnął
jej nożem gardło. Chciał, jak stwierdził "skrócić cierpienia". Martwa klacz
pozostała na weekend z trzema innymi końmi w stajni.

świadkowie poinformowali mnie, że próbowali całą sprawą zainteresować policję
już w piątek, bezpośrednio po tym jak klacz została zabita, niestety policjanci
z Sulechowa zbagatelizowali zgłoszenie i nie podjęli działań wyjaśniających.
Wobec takiego stanu rzeczy, sprawy tej nie mogłem pozostawić bez odzewu. W
ciągu kilku minut od otrzymania zgłoszenia skontaktowałem się ze Strażą dla
Zwierząt, Komendant Główny Mateusz Janda zadeklarował podjęcie działań skłaniających
sulechowską policję do interwencji, a w razie potrzeby osobisty udział w
odebraniu reszty koni opiekunowi. Rozpocząłem również działania, których celem
było poinformowanie innych mediów o sprawie, zawiadomiłem lokalny dodatek do
Gazety Wyborczej, Gazetę Lubuską i TVP3.
Na miejscu całą sprawę koordynowała nasza redakcyjna koleżanka z Zielonej
Góry Anna Maciejewska. Po godzinie od rozpoczęcia naszych wspólnych działań, w
Szabliskach pojawił się patrol policji. Wstępne oględziny potwierdziły
przedstawioną nam pierwotnie przez świadka tragiczną historię. Na miejsce został
wezwany lekarz weterynarii, którego zadaniem było określenie przyczyn śmierci
konia.
Równocześnie, Anna Maciejewska wraz z czytelniczką, która nadesłała nam
informację, konsultując się z Komendą Główną Straży dla Zwierząt rozpoczęły
działania przygotowawcze do odebrania pozostałych koni i zapewnienia im
bezpiecznego transportu oraz miejsca w innej stajni.
O sprawie będę informował na bieżąco.
« « «
Jerzmanowice: zaniedbane konie odebrane gospodarzowi
Adam Liss 01-06-2006 , ostatnia
aktualizacja 01-06-2006 22:27
Dwanaście
koni, przetrzymywanych w skandalicznych warunkach, zostało w czwartek zabranych
z gospodarstwa w Jerzmanowicach. Zwierzęta trafią
do zastępczych zagród, gdzie będą
miały zapewnioną
opiekę weterynaryjną
i będą właściwie
traktowane.
Zawiadomienie o przetrzymywaniu
zwierząt
w niewłaściwych
warunkach zgłosiła na policję krakowska Straż dla Zwierząt.
- Ponieważ mieliśmy
informację, że właściciel
koni jest bardzo agresywną
osobą,
na rekonesans wybraliśmy
się do Jerzmanowic jako potencjalni kupcy. Właściciel
gospodarstwa znany jest w okolicy jako handlarz koni. Kondycja zwierząt,
ich okaleczenia, a przede wszystkim sposób ich przetrzymywania był szokujący.
Stały stłoczone na kilku metrach kwadratowych. Rany na ciele
świadczyły o ich biciu.
Własne odchody sięgały im do kolan, nie miały żadnej
ściółki - mówi Jolanta Liniowska, szefowa Straży dla Zwierząt.
Wczorajsza wizyta w gospodarstwie
odbyła się już w asyście
policji wyposażonej w prokuratorski nakaz przeszukania obejścia,
inspektorów Powiatowego Inspektoratu Weterynarii, Polskiego Związku
Hodowców Koni i biegłego sądowego
z zakresu weterynarii.
- Dobrze, że w końcu zabierzecie te
konie. Przecież jeszcze trochę, a zwierzęta by się zmarnowały. Józek nie dbał o
nie w ogóle. Czasami cały dzień i noc stały na polu na uwięzi, bez wody. Tylko
przeklął,
kiedy się mu zwróciło uwagę - komentowali sąsiedzi.
- Zarówno miejsce, jak i sposób
przetrzymywania koni nie spełniają
podstawowych zasad utrzymania zwierząt.
W pomieszczeniach brak odpowiedniego
światła, zwierzęta nie mają
ściółki. Stajnia jest zbyt
mała, aby przetrzymywać w niej tyle zwierząt.
Podłoga jest nierówna i pełna dziur, co grozi złamaniem nogi przez nie. Żadne
nie posiada książeczki
zdrowia ani paszportu - wylicza Beata Kwiatkowska z PIW. Wojciech Kujawski,
biegły sądowy
ds. weterynarii, przyznaje, że nie przypomina sobie przypadku przetrzymywania
zwierząt
w tak karygodnych warunkach: - Konie są
zabiedzone i wychudłe, mają
przegnite kopyta. Chorują
na lipcówkę, mają
zaropiałe oczy i grzybicę. Ciasno założone pęta ranią
ich przednie nogi. A dwóm kobyłom wrósł łańcuch w pyski, ponieważ był zbyt mocno
przywiązany
i w ogóle nie
ściągany - mówi. Kontrola
wykazała, że panujące warunki uniemożliwiają
pozostawienie koni w gospodarstwie. - Sposób przetrzymywania zwierząt
i obchodzenia się z nimi łamią
ustawę o ochronie zwierząt.
Właściciel
dopuścił
się także uchybień administracyjnych, nie rejestrując
koni i nie wyrabiając
im paszportów - informuje sierżant Artur Kot z komisariatu w Krzeszowicach.
Zwierzęta zostały zabrane
gospodarzowi i przewiezione do zastępczych gospodarstw w Bolęcinie,
Krzeszowicach, Czernej i Wojtkowej. O dalszym losie koni zadecyduje sąd.
Jeśli uzna, że właściciel
jest w stanie zapewnić im właściwe
warunki i opiekę, zostaną
mu zwrócone. W przeciwnym razie sędzia może orzec przepadek mienia na rzec
Skarbu Państwa.
Sam właściciel
tak protestował przeciwko interwencji policji, że ta wezwała pogotowie
ratunkowego, które wywiozło go do szpitala w kaftanie bezpieczeństwa.
« « «
Inne artykuły:
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
« « «
|